Sorrow: van Gogh i Sien

sien

Vincent_van_Gogh_-_Self-Portrait_-_Google_Art_Projectsorrow-vincent-van-gogh

Próbowałam ułożyć te obrazy wertykalnie, ale wolę patrzeć jak siedzą koło siebie: van Gogh i Sien. Smutny malarz, którego nikt nie kupował i smutna dziwka kupiona przez wszystkich za marne grosze. Ona: prosty szkic. On: barwna plama. Ona otacza twarz ramionami, próbując ukryć swój ból – on patrzy nam w oczy wyzywająco, wzrokiem człowieka, który cierpi przez świat, ale nie ma już do niego nawet żalu.

Ok, kiedy patrzę na nich razem, wyobrażam sobie przejście między klatkami filmu. Ona siedzi z twarzą ukrytą w ramionach. On obserwuje ją z boku. Wrażliwy na tyle, żeby uchwycić jej cierpienie, ale niezdolny do udzielenia żadnej pomocy, zmęczony i przepełniony bólem.

Prawie wszyscy znają tę anegdotkę: w ciągu całego życia Vincent van Gogh sprzedał jeden obraz bratu, który kupił „Czerwone winnice” za 400 franków (to nie miało znaczenia, Theo i tak utrzymywał brata: pewnie wysłałby Vincentowi te same pieniądze – równowartość bardzo przeciętnej pensji urzędnika). Mówi się o tym niejako z bólem, porównuje się tych 400 franków do zawrotnych kwot z licytacji dzieł niechcianych za życia autora.

Tymczasem dusza Vincenta to dusza wrażliwego mnicha:

Nie martwię się, jeżeli czasem nie mam pieniędzy w kieszeni. Pragnąłbym posiadać tak wiele rzeczy, że gdybym miał pieniądze, wydałbym je od razu na książki i inne przedmioty, bez których mogę się obyć i które odciągałyby mnie od studiów. Już teraz trudno mi przychodzi opierać się pokusom, cóż dopiero, gdybym miał pieniądze, wówczas byłoby jeszcze gorzej. Człowiek na tym świecie będzie zawsze klepał biedę i nigdy nie zaspokoi swych potrzeb. Dosyć się temu napatrzyłem. (…) W pełni życia jesteśmy już wydani śmierci, to dotyczy nas wszystkich i to jest prawda. (Listy do brata).

Niewielu słyszało cokolwiek o Sien. Czytałam „Listy” dobrych parę lat temu i pamiętam wrażenie, jakie pozostawił we mnie cień Sien przemykający przez strony narzekań Vincenta na ciągły brak pieniędzy. Christien ma 32 lata, jest matką nieślubnego dziecka. Znowu w ciąży. Z czasem Vincent ze szlachetnie miłującego dobroczyńcy kobiety zmieni się w jej – dość przewidywalnego – krytyka: jest leniwa, klnie, pali (on też), pluje, upija się i zaraża go chorobą weneryczną. Mówi o niej, że jej nie zostawił, bo „lepiej żyć ze złośliwą dziwką niż samemu”. Wreszcie porzuca Sien, a ta wraca na ulicę.

Mówię ci szczerze i z całym przekonaniem, że nie należy się wstydzić, gdy się pójdzie od czasu do czasu do dziewczyny, jeżeli się ma taką, której można zaufać i dla której można mieć trochę uczucia. A takich jest naprawdę wiele.
Dla kogoś, kto żyje w ciągłym napięciu, jest to konieczne, bezwzględnie konieczne dla utrzymania równowagi.
Nie trzeba w tych rzeczach przesadzać, nie można sobie pozwalać na wybryki, ale natura ma swoje ustalone prawa i walka przeciw tym prawom bywa zwykle daremna. Na pewno zresztą wiesz o tych sprawach wszystko, co się wiedzieć powinno. I dla ciebie, i dla mnie byłoby lepiej, żebyśmy byli żonaci, ale co robić?

Sien jest więc na początku jedną z wielu rozrywek, używką, od której wstrzymanie się byłoby „wbrew naturze”. Możemy podejrzewać, że tak właśnie poznaje ją Vincent: jako przedmiot, do którego można mieć trochę (nie zbyt wiele) uczucia. Wiadomo przecież, że prawdziwie wielką i namiętną miłość przeżywa się do niedostępnego, „niewinnego” obiektu, nawet jeśli ten obiekt najprawdopodobniej odrzuca nasz żar namiętności ze względów finansowych (ach, ta mieszczańska forma prostytucji, która pozwala jednak trzymać głowę wysoko i spać w nocy spokojnie!).

Być może o Sien mowa również w tym fragmencie:

I jeszcze jedna rzecz mnie rozczuliła, bardzo rozczuliła. Powiedziałem modelce, żeby dzisiaj nie przychodziła, nie mówiąc dlaczego, a ta biedna kobiecina przyszła mimo to, i gdy protestowałem, odpowiedziała: „Nie przychodzę pozować, przyszłam, żeby zobaczyć, czy masz coś do jedzenia”. Miała ze sobą trochę fasolki i ziemniaków. A jednak w życiu zdarzają się rzeczy, dla których warto żyć.

Niedługo potem van Gogh odpowiada na list Theo opowiadający o chorobie ich matki:

Nie jestem w tych sprawach nieczuły i wydaje mi się, że nie mógłbym narysować Sorrow czy boleści, gdybym sam nie wczuwał się w jej cierpienia.

Sorrow to właśnie szkic węglem przedstawiający Sien. Czy jednak naprawdę ból, o jakim opowiada jest wyrazem współczucia dla chorującej matki? (Czy to nie jest aż nazbyt oczywiste, że nie?) Czy sylwetką własnego osamotnienia? Ta ostatnia twardym wbija się twardym konturem w pamięć. Jako pilny student dodam: orientalizm szkicu nawiązuje do japońskiego drzeworytu. Można (nie trzeba, bo to pretensjonalne) powiedzieć, że to namalowana  forma buddyjskiej mantry o cierpieniu.
Po powtarzających się, również jak mantra, prośbach o pieniądze („najniezbędniejsze rzeczy to chleb, ubranie, komorne, modele i przybory malarskie”), Vincent przynzaje się bratu do romansu ciągnęcego się już od jakiegoś czasu.

Kto ma więcej kultury, subtelności i męskości, czy ten, kto porzuca kobietę, czy też ten, kto porzuconą kobietę do siebie przygarnia?
Tej zimy spotkałem ciężarną kobietę porzuconą przez mężczyznę, którego dziecko nosiła w swoim łonie.
Kobietę ciężarną, która musiała w zimie chodzić po ulicy, musiała zarobić na kawałek chleba, pewno wiesz w jaki sposób.
Wziąłem tę kobietę na modelkę i przez całą zimę z nią pracowałem.
Nie mogłem jej płacić pełnego wynagrodzenia modelki, ale przynajmniej opłacałem za nią komorne, no i dzięki Bogu udało mi się, jak dotąd, uchronić ją i jej dziecko od głodu i zimna. Nieraz dzieliłem się z nią moim własnym chlebem. Gdy spotkałem te kobietę, uderzył mnie od razu jej chorobliwy wygląd.
Postarałem się dla niej o kąpiele lecznicze i o środki wzmacniające, ile tylko mogłem i teraz jest już dużo zdrowsza (…).

I znów, na ile potrafimy być sami ze sobą szczerzy? Czy dbasz o nią naprawdę, Vincencie, czy celebrujesz tylko swoją dobroć, aby się dobrze poczuć jako niedoceniony malarz utrzymywany przez brata?

Wydaje mi się, że każdy człowiek wart tyle, co skóra jego butów, gdyby znalazł się w takiej sytuacji, postąpiłby w ten sam sposób.
To, co zrobiłem było w moim pojęciu rzeczą całkiem prostą i zrozumiałą, więc pomyślałem sobie, że nie warto jej rozgłaszać.

Nie napiszę ci przecież, mój kochany Theo, że byłem rozdzierająco samotny i przygarnąłem tę prostytutkę, czerpiąc też korzyść z jej bezradności.

Pozowanie przychodziło jej z trudnością, a jednak nauczyła się go, a ja zrobiłem w pracy postępy, ponieważ miałem dobrą modelkę.

Tak, Theo, jest też wymierna korzyść mojej dobroci! Może utrzymuję prostytutkę z twojej kieszeni, ale to w zasadzie też dla dobra sztuki, a nie tylko z konieczności serca. Alles gut, alles klar.

Kobieta ta jest do mnie tak przywiązana, jak oswojona gołębica. Jeżeli o mnie chodzi, to i tak tylko raz mogę się żenić, a z kim mógłbym się lepiej ożenić, jeżeli nie z nią.

Och, Vincencie. Szkoda, że nie było wtedy Internetu i kolorowych gazet. Wiedziałbyś, że leczysz złamane serce uzależnioną od ciebie Sien.

Będę mógł przez to dalej Jej pomagać; w przeciwnym wypadku nędza zmusi Ją znowu do wejścia na drogę, która się kończy przepaścią. Ona nie ma pieniędzy, ale pomaga mi zarabiać pieniądze moją pracą.

Widać w tym wyjaśnieniu krzyk „jestem tak bardzo samotny, nie zabieraj mi tego marnego pocieszenia, tego ludzkiego ciepła, kogoś równie zdesperowanego jak ja”. Kilka listów później widzisz już, że Sien „ma nieprzyjemny głos i często używa zwrotów i słów, jakie np. naszej siostrzyczce Wilhelminie, wychowanej w zupełnie innych warunkach, nie przeszłyby przez gardło”. Mówisz jeszcze, że to ci nie przeszkadza, bo wolisz, żeby przeklinała, ale była dla ciebie miła. Ale widzisz to już, piszesz o tym i tłumaczysz się bratu coraz częściej i gęściej. I mówisz o niej: „Nikt o nią nie dbał, była sama i opuszczona, jak łachman wyrzucony na śmieci. To ja ją podniosłem, dałem jej całą moją miłość, całe przywiązanie, całą pieczołowitość, na jaką mnie było stać”. To ty ją podniosłeś, czy ona ciebie, pozwalając ci dokonać aktów tak nobilitujących, że nie mogłeś się powstrzymać od ich wychwalania? I w końcu, przed połogiem Sien, stwierdzasz beztroskim tonem każdego mężczyzny w historii:

Trzeba przyznać, że kobiety lepiej od nas znoszą cierpienia, za to w innych sprawach my je przewyższamy.

A co, jeśli ci powiem, Vincencie, że nie znosimy niczego ani lepiej, ani gorzej? Przyznajesz nieco przytomniej, że „Sien była dla mnie tylko takim samym człowiekiem jak ja, była samotna i nieszczęśliwa”. I tak samo nieznośna. Ale kiedy odzyskuje siły i opiekuje się przy tobie dwójką dzieci, nagle czujesz się strasznie zmęczony. Piszesz o niej coraz mniej, a coraz więcej o Hugo i Zoli, aż wreszcie a propos refleksji o poszukiwaniu sztuki w rzeczywistości piszesz, że gdyby właśnie nie twoje poszukiwanie piękna w brudzie codzienności, twoja kobieta wydawałaby ci się „bardzo głupią”. Dodajesz pośpiesznie „Oczywiście wolałbym, żeby była inna, ale muszę być zadowolony z tego, co jest”. I tu nie zawiodła cię intuicja. Miałeś rację, natura ludzka wygrywa ze wzruszającym i dramatycznym czynem ratowania upadłej kobiety. Codzienność przegrywa z teatralnością, a chociaż w sztuce może uchwyciłeś rzeczywistość, to jednak z rzeczywistości nie dasz radę uczyć sztuki. Gdzieś w tle przychodzi czas na czytanie Hoffmana i Edgara Allana, a potem nagle:

Włożyłem w nią całe serce, a teraz wydaje mi się, w pewnych chwilach przynajmniej, że to była pomyłka.

Możemy sobie pomedytować nad Sorrow, ale kto chciałby siedzieć ze zmęczoną dziwką i dwójką jej małych dzieci? Masz pretensje. Ona mówi ci szczerze (cytując za tobą):
-No tak, jestem obojętna na wszystko i leniwa, zawsze byłam taka i nie ma na to rady.
Albo:
-Tak, jestem kurwą i nic innego nie mogę robić, najwyżej mogę rzucić się do wody.
Zaskoczenie, zaskoczenie, jakbyś wcześniej tego nie wiedział. Nie, życie to nie powieści Tołstoja. Z drugiej strony nie widzisz, że jesteś maniakiem i też nie umiesz nic innego robić – tylko malować. Piękna z was para, więc rozstajesz się z nią w „przyjaźni” i długo przytaczasz swoje dobroduszne tłumaczenia, wszystko co jej powiedziałeś odchodząc („choć będziesz tylko biedną kurwą, w moich oczach pozostaniesz dobrą kobietą, nawet ze wszystkimi twoimi cholernymi wadami”). I w końcu „strasznie mi smutno, gdy myślę o tej kobiecie i dzieciach, ale NIE BYŁO INNEGO WYJŚCIA” i „niewiele już będę mówił o tej kobiecie, ale nie przestanę o niej myśleć”. Przestaniesz, rozgrzeszając się szerokim gestem.
Wszyscy jesteśmy trochę cierpiącymi, samousprawiedliwiającymi się hipokrytami. Choć byłeś tylko jednym z nas, Vincencie, w moich oczach pozostaniesz zawsze wspaniałym artystą. Jakkolwiek nie byłeś ani grosza więcej wart niż ta, jak ją nazywasz, „biedna kurwa”.

Przepraszam, musiałam ci to powiedzieć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>